vanity card

28 Wrzesień 2010

Seriale bolą mnie w głowę.

Gdy wychodząc z bloku wpuszczam przy okazji babcię z dzieckiem zastanawiam się, czy nie wpuściłem psychotycznej morderczyni.

Boję się otwierać hotmaila – akurat będzie jakaś oferta, na którą nie będzie mnie stać.

Potrafię udawać grypę jelitową.

Na Puławskiej powstał taniec uniwersalny.

Od kilku miesięcy czytam gazety i portale informacyjne, i nic nie jest w stanie zmusić mnie do jakiegokolwiek komentarza. Widocznie i’m not funny anymore. Or anything is.

Chciałbym zrobić taki kwestionariusz, ale jestem zbyt leniwy nie mam czasu.

Wypicie jednego litra wódy na dwóch mniej klepie niż trzy piwa samemu.

Gdy zaczyna padać deszcz, boli mnie głowa. Gdy wychodzi słońce, napierdala mnie łeb.

Zapowiedziałem kiedyś klubowy depeche mode. Właśnie się wywiązuje z zapowiedzi, oto klubowy miks, który spowodował, że mama jednej koleżanki przyzwyczajonej do słuchania muzyki ciężkiej powiedziała ”Jezus Maria, co Ty dziecko słuchasz”.

Shane 54- Over on a plate rapid, ściągać póki się da, bo niedługo nie będzie można.

Mógłbym godzinami rozpisywać się nad zajebistością tego miksu. Kto bywał u mnie musiał go słyszeć. Dzięki niemu znowu zacząłem słuchać DM. Dzięki niemu siedzenie w Chilli nabrało nowego wymiaru. Andrzej, pamiętasz?

Koniec Czasów.

3 Czerwiec 2010

Nie tak całkiem dawno jadąc taksówką usłyszałem zapowiedź końca czasów – ktoś skowerował Backstreet Boys. I w tym momencie poczułem, że czas nie stoi w miejscu, a ja zapierdalam w dół równi pochyłej.

Killing Time.

16 Marzec 2010

Uwaga, opóźniony zapłon się włączył – oto, proszę Państwa, Killing Joke. Ojapierdole, żadna kapela od dawna mnie tak nie wgnietła w fotel jak ta. Zaczęło się oczywiście od filmu – Rok Diabła (pozdrowienia dla ataknaprawde). Słyszałęm wcześniej nazwisko Jaz’a Coleman’a, chociażby przy zajebiście nudnawych symfoniczno-skrzypcowych aranżacjach The Doors. Wtedy nie zaiskrzyło. Ale już przy wspomnianym filmie – gdzie Jaz podniecał się Cechomorem (Velicke zvony, fuck yeah!) jakby coś pękło przy fragmentach koncertów/teledysków Killing Joke. Makijaż na twarzy wokalisty – już mam dobre skojarzenia. W miarę zrozumiałe i nie przesadzone w egzaltacji teksty – no no. I nagle (nahle), jak dzwon z nieba spada „Sanity”. Szukałem czegoś, co mogło zagrozić „Disintegration” The Cure w utrzymaniu pozycji najlepszego albumu lat 80. No i udało się. Nie słyszałem jeszcze wszystkiego, co stworzył Coleman i spółka w latach osiemdziesiątych, ale sam album „Brighter than a Thousand Suns” z 86 roku to bomba. Nawet nie trzeba się przyzwyczajać, od razu wpada w ucho i nie chce wyjść. Proszę Państwa, „Sanity”:

Neeeeaaat.

Następnym razem o klubowym depeche mode.

Są pomysły, jest fajny temat, nie ma czasu. Wracam niedługo.

Jak zwykle zaczynam rantem: nie mam czasu nic napisać, zawiesina mnie przegonił, zrobił przy tym świetną coroczną notkę o zmarłych(zapomniał niestety o kilku równie ważnych postaciach, przynajmniej o Davidu Carradine). I tak dalej. Będąc przytłoczony brakiem czasu obejrzałem kilka filmów. I cały czas przekonuję się, że Simon Pegg jest najlepszym aktorem, jakiego widziałem od kilku dobrych lat. Wpierw onieśmielony zajebistością „Spaced”, potem porwany porównywalną w „Shaun of the Dead”, i dobity „Hot Fuzz’em”, mógłbym wręcz śpiewać hymny na cześć tego śmiesznego Angola. Polecam każdemu.Simon-Pegg-simon-pegg-663169_1024_768

oh boy.

12 Październik 2009

Zachorowałem na niezidentyfikowaną chorobę, którą mój lekarz rodzinny nazywa po prostu wirusową. W zwiazku z tym miałem trochę czasu, aby nadrobić pewne zaległości wobec siebie. I tak np.:

- kończę zaczętą jeszcze w sierpniu Grandię II, która im dłużej trwa tym bardziej mi się nudzi. I dubbing jest co najmniej wyjęty z dupy – przykład:

- zakończyłem proces odrobaczania kota, którego w międzyczasie przygarnąłem.

szuja

- obejrzałem w końcu na spokojnie drugi sezon „Fast Show”, który oprócz „Monkfisha” nie był ani trochę lepszy od pierwszego.

- udało mi się upiec pizzę w prodiżu Zawiesiny, który jest dobrym prodiżem i takim pozostanie, albowiem innego wyjścia nie ma.

- jeśli chodzi o pracę, to hehe, l4, hehe.

all hail!

3 Październik 2009

Długo nie pisałem, nawet Zawiesina mnie przegonił w ilości wpisów, kurde.

Wypada dać znać o sobie, dlatego dzisiaj zamiast tl;dr będzie wyłącznie tubka, ale za to jaka!

Z tego po prostu wypada się śmiać, panowie i panie.

Zadość Zawiesinie.

10 Wrzesień 2009

Zawiesina narzeka, że nie publikuję przepisów. Nie mam czasu! To był żart.

Jednak postanowiłem wyjść naprzeciwko wymagań kolegi(kolega jesteś? ze mną się nie napijesz?) i zamieszczam jeden z najnowszym moich tworów, który w zasadzie jest uproszczoną (bądź może też zlokalizowaną) wersją tortilli i jej podobnych przekąsek.

Tortilla(NOT)  a’la Puławska:

Składniki i koszt:

Ciasto naleśnikowe:

o.5 kg mąki poznańskiej (2zł)

0.5 l mleka (łaciate o.5 l około 1.70zł)

2 jaje (złotówka, czemu ja to piszę?)

łyżka oleju

2 ząbki czosnku

łyżka stołowa papryki ostrej

Farsz

Duży pomidor

sałata (głowiasta albo lodowa, nie ma znaczenia większego)

1 cebula cukrowa

Czerwona fasola

1 pierś kurczaka

Przyprawy:

sół, pieprz

Vegeta

Przyprawa do kurczaka (dla mniej kumatych)

Marynata czosnkowa (opiszę na końcu, jak zrobić – to na wypadek jeśli wybierzesz „hard way” i nie użyjesz gotowej przyprawy – analogicznie dla bardziej kumatych)

Do tego sosy, mi najlepiej smakuje z czosnkowym (50 ml majonezu, 250 ml kefiru, 2 ząbki czosnku, trochę soli, szczypta koperku) lub tysiąca wysp (300 ml kefiru, 50 ml białego wytrawnego wina, szczypta papryki ostrej i słodkiej, sól)

Zatem ciasto. Wbijamy do miski (około dwulitrowej) jajka, wsypujemy mąkę, czosnek(zmiażdżony przez klasycznego „dziadka do orzechów”  i paprykę(ale tak, żeby się dało wyrobić ciasto), szczyptę soli i cukru. Mieszamy mikserem, a kiedy stanie się jednolite, dodajemy resztę mąki i mleka na tyle, aby ciasto było względnie rzadkie – jak będzie za gęste, to będą wychodziły strasznie grube placki, a tego nie chcemy przecież. Na koniec łyżka oleju i mieszamy. Smażymy bez tłuszczu, na dobrej patelni (teflon, żeliwna), można dłużej potrzymać, żeby uniknąć surowości ciasta. Jak już placki będą gotowe zajmujemy się mięsem.

Pierś kroimy na nieduże kawałki – długości około 2 cm(grubość wg uznania). Dodajemy przyprawę do kurczaka, stawiamy do lodówki na 15 minut, w tym czasie kroimy warzywa w małe kawałki, odsączamy fasolkę i mieszamy bez sosu w misce i chowamy do lodówki. Po 15 minutach mięso jest gotowe do smażenia. Smażymy na małym ogniu, pod przykryciem, żeby było soczyste, około 15-20 minut.

Gdy mięso jest jeszcze gorące wyjmujemy placki. Nakładamy mięso i warzywa (farsz) wg schematu, jaki w pocie czoła zrobiłem w programie MS Paint:

tortillaFarsz, gdzie pokazuje rycina. Boki tak samo, z zachowaniem kolejności. Po zawinięciu wkładamy szybko w ręcznik papierowy bądź papier śniadaniowy i polewamy pożądanym sosem. Smacznego!

Dobra, muszę jeszcze dać przepis na wspomnianą wyżej marynatę , która daje najlepsze rezultaty.

1 łyżka musztardy sarepskiej

2 łyżki oleju

szczypta soli

szczypta cukru

3 ząbki czosnku

łyżeczka pieprzu

łyżeczka ostrej papryki

pół wyciśniętej cytryny

Wszystko mieszamy aż stanie się jednolitą breją. Jak się domyślacie, trzeba to zrobić jakieś dwie godziny przed przygotowywaniem reszty. Po co cytryna? Powoduje, że mięso szybciej kruszeje. Mięso wymazujemy dokładnie. Marynata nadaję się również do innych części kurczaka, jak ćwiartek czy skrzydełek, smażonych w jednym kawałku.

Poproszę o opinie, jak smakowało.

Tom Whyts.

4 Wrzesień 2009

FactCat

W ostatnim poście wspominałem, że „Downtown Train” jest najczęściej coverowanym kawałkiem Waitsa. A po co się coveruje Waitsa -  są dwa trzy przypadki. Pierwszy – młody/a artysta/ka, najczęściej wschodząca gwiazda indie rocka gra go po to, żeby dać do zrozumienia wszystkim, że „look at me, i’m independent, tom waits, haven’t heard, dontcha?” (tutaj jescze występuje podział na covery utworów ‘normalnych’ i żałobnych – w żałobnych najczęściej jest to czarnowłosa delikatna dziewczynka udająca głos taki, który byłby efektem wychowywania się wśród NRD-owskich pływaczek, bądź po prostu imoł). Drugi przypadek – staruch/starucha, który/a chce pojechać na koniec życia ambitniejszym repertuarem. Szkoda tylko, że nie swoim.

Całkowicie odmiennym przypadkiem jest coverowanie Waitsa po cichu na koncertach, bez singli itd, co jest godne i sprawiedliwe, słuszne i zarazem zbawienne.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.