Killing Time.
16 Marzec 2010
Uwaga, opóźniony zapłon się włączył – oto, proszę Państwa, Killing Joke. Ojapierdole, żadna kapela od dawna mnie tak nie wgnietła w fotel jak ta. Zaczęło się oczywiście od filmu – Rok Diabła (pozdrowienia dla ataknaprawde). Słyszałęm wcześniej nazwisko Jaz’a Coleman’a, chociażby przy zajebiście nudnawych symfoniczno-skrzypcowych aranżacjach The Doors. Wtedy nie zaiskrzyło. Ale już przy wspomnianym filmie – gdzie Jaz podniecał się Cechomorem (Velicke zvony, fuck yeah!) jakby coś pękło przy fragmentach koncertów/teledysków Killing Joke. Makijaż na twarzy wokalisty – już mam dobre skojarzenia. W miarę zrozumiałe i nie przesadzone w egzaltacji teksty – no no. I nagle (nahle), jak dzwon z nieba spada “Sanity”. Szukałem czegoś, co mogło zagrozić “Disintegration” The Cure w utrzymaniu pozycji najlepszego albumu lat 80. No i udało się. Nie słyszałem jeszcze wszystkiego, co stworzył Coleman i spółka w latach osiemdziesiątych, ale sam album “Brighter than a Thousand Suns” z 86 roku to bomba. Nawet nie trzeba się przyzwyczajać, od razu wpada w ucho i nie chce wyjść. Proszę Państwa, “Sanity”:
Neeeeaaat.
Następnym razem o klubowym depeche mode.

18 Marzec 2010 o 00:26
na początku klipu anioł niczym z Lipowej, a ło-hoł wpada w ucho.